Większość kobiet regularnie doświadcza w drugiej połowie cyklu charakterystycznego zjawiska, jakim jest nagły, trudny do opanowania apetyt na produkty wysokoenergetyczne.
Ten powtarzający się co miesiąc wilczy głód przed miesiączką przez lata był niesłusznie postrzegany jako słabość charakteru, brak samokontroli czy uleganie zachciankom. Z perspektywy współczesnej endokrynologii i dietetyki klinicznej jest to jednak całkowicie naturalna reakcja organizmu na gwałtowne zmiany hormonalne.
Zrozumienie mechanizmów, jakie niesie ze sobą druga połowa cyklu a apetyt (określana w medycynie jako faza lutealna), pozwala przestać obwiniać się za zwiększone łaknienie i zacząć współpracować z własną fizjologią, zamiast z nią bezskutecznie walczyć.
Głównym powodem, dla którego w tym okresie tak drastycznie zmieniają się nasze nawyki żywieniowe, jest biochemiczny koszt przygotowania organizmu do ewentualnej ciąży. Po owulacji drastycznie wzrasta poziom progesteronu, który przyspiesza metabolizm spoczynkowy, co sprawia, że w drugiej fazie cyklu trzeba jeść więcej, ponieważ realne dobowe zapotrzebowanie kaloryczne kobiety rośnie o około sto do nawet trzystu kilokalorii. Ciało po prostu zużywa więcej energii na podstawowe procesy życiowe, co w naturalny sposób przekłada się na silniejszy sygnał głodu wysyłany z podwzgórza. Jeśli w tym okresie kobieta próbuje utrzymać restrykcyjną dietę, jej organizm zacznie bardzo agresywnie domagać się brakującej energii, wywołując intensywne zachcianki przed menstruacją, ze szczególnym uwzględnikiem czekolady, słodyczy czy dań mącznych.
Konkretne preferencje smakowe nie są dziełem przypadku, lecz wynikają z gwałtownego spadku poziomu estrogenów tuż przed krwawieniem, co bezpośrednio przekłada się na obniżenie stężenia serotoniny – neuroprzekaźnika odpowiedzialnego za dobry nastrój, spokój i poczucia bezpieczeństwa.
Kiedy poziom serotoniny drastycznie spada, mózg szuka najszybszego sposobu na jego podniesienie, a stymulacja produkcji tego hormonu zachodzi najefektywniej po spożyciu węglowodanów prostych. Jedzenie słodyczy w okresie napięcia przedmiesiączkowego staje się więc biologiczną próbą samoregulacji nastroju przez niedostymulowany układ nerwowy.
Sytuację tę pogłębia fakt, że progesteron pogarsza wrażliwość tkanek na insulinę, co sprzyja gwałtownym wahaniom poziomu glukozy we krwi i wywołuje nagłe napady apetytu zaledwie godzinę po pełnowartościowym posiłku.
Właściwa strategia radzenia sobie z tym wymagającym okresem nie polega na narzucaniu sobie rygorystycznych ograniczeń, lecz na elastycznym dopasowaniu jadłospisu do aktualnych potrzeb metabolicznych. Zwiększenie kaloryczności diety o te brakujące dwieście kilokalorii, pochodzące ze złożonych węglowodanów i pełnowartościowego białka, daje układowi nerwemu sygnał bezpieczeństwa i skutecznie gasi potrzebę impulsywnego podjadania.
Kluczowe jest również dbanie o odpowiednią podaż magnezu oraz witamin z grupy B, które naturalnie wspierają syntezę neuroprzekaźników i stabilizują samopoczucie. Zaakceptowanie faktu, że kobiece ciało funkcjonuje w sposób cykliczny, pozwala zrzucić z siebie ogromny ciężar poczucia winy i budować zdrową relację z jedzeniem.
Jeżeli czujesz, że wahania hormonalne co miesiąc przejmują kontrolę nad Twoją dietą i potrzebujesz spersonalizowanych rozwiązań, zapraszam na profesjonalne konsultacje psychodietetyczne, podczas których wspólnie ułożymy plan żywieniowy wspierający Twój organizm na każdym etapie cyklu.

